April 22

BRIDGE do cyfrowego świata HighEndu

BRIDGE do cyfrowego świata HighEndu

homogenizacja przez przyspawanie

Zadanie ponad miarę...

Miarę wyobraźni i spekulacji, że cel uda się osiągnąć, że komunikat dotrze do odbiorcy w postaci wyczerpująco pełnej, niepozostawiającej wątpliwości i niedomówień. Zadanie ponad miarę, bo zamiast setki słów wystarczyłoby powiedzieć – koń, jaki jest, każdy widzi!

Ksiądz Benedykt Chmielowski tą właśnie definicją niejako zaprzeczył sensowi tworzenia encyklopedii. Jego definicja, uznawana za przejaw największej ignorancji naukowej doby baroku, jest także najczęściej cytowanym zdaniem na potwierdzenie... no właśnie, że nie warto, nie trzeba i nie należy oblekać w słowa to, co każdy gołym okiem widzi.

W naszym przypadku – słyszy.

I to właściwie wszystko, co miałem do powiedzenia na temat karty

dźwiękowej (streamera) Limetree Bridge, przystosowanej do odtwarzania transmisji strumieniowej, wyprodukowanej w bodaj najlepszej wylęgarni europejskich cacek audiofilskich obecnej doby – Lindemann Audio.

Po serii musicbooków – Norbert Lindemann wprowadza na rynek kolejnych tytanów technologii strumieniowej, wielkich muzycznym efektem choć rozmiarami mniejszych od liliputa.

Limetree Bridge jest bowiem tak samo mało duży jak Phono, Network czy Headphone. Taki sam będzie ostatni element rodziny - DAC.

Każde z urządzeń da się zmieścić na dłoni, a wszystkie razem zajmą mniej miejsca niż pięć pudełek z płytami CD.

Można Limetree wstawić między książki, można ustawić w piramidkę. Można, zasłuchawszy się w ich piękne brzmienia, stracić je wprost z oczu. Bo takie nie-high-endowe, takie małe, z bajerami w postaci jednego pstrykacza i po jednej, dwie lampki na płycie przedniej.

Płycie…

Co ja mówię! Płyta przednia jest jak wizytówka na drzwiach PP. Audiofilskich! Tych z trzeciego piętra.

Ścianka tylna – w osiemdziesięciu procentach zajęta przez gniazda. Jedno obok drugiego. Po okablowaniu – Bridge wgląda jak aluminiowa rzodkiewka z nacią marchwi, kopru, szczypioru, botwiny i kabla od zasilacza. Kolory i skojarzenia zależne od barw oplotu Państwa okablowania.

Trzeba mieć nerwy, trzeba mieć cholerne nerwy, żeby po latach pełnych koszmarów i mar nocnych, w których giniemy przygnieceni legendarnym wzmacniaczem, przybici do ściany zsuwającym się z półki bajkowym z nazwy CD playerem – uznać, że nasza audiofilska godność pozwoli, by słuchać takiej bździny!

I tu właśnie wyłania się jeden z kluczowych i podstawowych problemów.

Z moich obserwacji wynika, że mniej niż 80% Melomanów słucha muzykę. Legitymizowani samozwańczo audiofile słyszą to, co... widzą. Markę, cenę, model, wagę, wielkość i stopień bajeranckości urządzenia. Żaden prawdziwy, rasowy z wygolonym audiofilskim karkiem highendowiec nie poda ręki posiadaczowi głośniczków Lenco (kto wie, o czym piszę?). O monitorach LS34/5a lepiej w tym kontekście nie wspominać.

Kilka dni temu ktoś podesłał fotkę z grodu smoka wawelskiego, gdzie prezentowano kolumny z głośnikiem wielkości i kształtem odpowiadającym rozmiarom deski klozetowej dla słonia. Główki audiofilii na tle tej muszli – jawiły się jak muchy wszędobytki.

Stoją ci wojowie audiofilizmu niczym rycerze Karola Młota, na tle owych muszli, wzorowanych być może na kształcie trąb jerychońskich i podziwiają potęgę dźwięku. Ale czy kolumny te plują dźwiękiem - nie wiem. Czupryny audiofilii w poborowym ładzie. Wnoszę więc, że kolumny milczą, a na ich tle toczy się ptysiowo-bezowa dyskusja o brzmieniu inkryminowanych tutaj mastodontów. Ja też ich nie słyszałem. Więc mogę się na ich temat autorytatywnie wypowiadać.

Swoją drogą, można byłoby pomyśleć nad rozwinięciem, oczywiście twórczym, sposobów zaspakajania takich ekstremalnych, wojowych potrzeb. Na przykład – ustawiamy stalową płytę przeciwpancerną, o grubości np. 10 cm. Wzdłuż płyty – trzy krzesła. Na każdym – jeden audiofil. Głowę każdego z nich do płyty przyśrubowujemy stalowymi obręczami. Dal najbardziej wyrafinowanych zalecałbym przyspawanie ucha do owej płyty. Z drugiej strony stawiamy ckm. Albo niewielki moździerz ręczny lub turystyczny granatnik.

I oddajemy serię wymierzoną w płytę. Np. do partytury słynnego Hallelujah Handla z oratorium Mesjasz.

Proszę? Tak. Domyślam się, co Pan ma na myśli. Ale wierzę, że Pan tego nie zrobi. Proszę pamiętać, że razem z Panem ten tekst czytają dwie inne osoby i one mu już to co Pan zamierza – obiecały wcześniej.  

Limetree Bridge rzeczywiście wykorzystuje najnowsze technologie strumieniowania dźwięku. Z pełnym powodzeniem gwarantuje jakość studyjną najcięższych nawet plików.

Współpracuje z najlepszym front-endem ‘Roon”, jest doskonale rozpoznawany przez Audirvanę. Oferta HighResAudio czy Tidala oraz Qobuza – dzięki Limetree Bridge odtwarzana jest w jakości 1:1. Deezer i Spotify są, mówiąć językiem konstruktora – dabei.

Upsampling. Każdy sygnał może być konwertowany do DSD256. Czy potrzebnie? Odrębne zagadnienie. Poziom ‘wyprania’ sygnału wyraźnie wyczuwamy podczas przeskakiwania na kolejny stopień konwersji.

I taki sygnał mogą Państwa nagrać! Tak, sygnał jakości przynajmniej CD!

Bluetooth? Oczywiście! Protokół transmisji audio A2DP. A więc jak - prawie - po kablu. Ze smartfonu, z tabletu. I to ze znacznej odległości od urządzenia! Bez zerwań i zniekształceń.

A sokoro już o kablu wspomniałem – Bridge ma wyjście słuchawkowe. O parametrach high-endowych. Warunek – trzeba jeszcze mieć takie audiofilskie uszy, a słowa moje nie pozostaną deklaracją bez pokrycia.

I najlepiej nadające stacje radiowe w internecie wraz z serwisami podcastowymi. To wszystko mają tu Państwo w pakiecie!

Wypada podkreślić rzecz oczywistą – pełne sterowanie z urządzeń przenośnych wszelkiego typu.

Cyfrowe wyjście światłowodowe lub SPDiF prześle najczystszy dźwięk z Bridge do przetwornika. Także do wszystkich starszych urządzeń Lindemann, które jakby przewidywały lub zapowiadały, w jakim kierunku podążać będzie ta cyfrowa manufaktura, jakkolwiek pieszczotliwie by Lindemanna nie nazywać, bo zostały wyposażone w wejścia akceptujące sygnały cyfrowe.

Tak. Bridge i koledzy z serii Limetree są audiofilską awangardą cyfrowego highendu!

Pod każdym względem.

Pobór mocy – żaden.

Moc wyjściowa – nieprzewidywalnie wielka.

A wszystko w cenie porównywalnej z ceną jednej podstawki high-endowego urządzenia kończącej się właśnie epoki audiofilskich mamutów.

Pora wyjść zatem z jaskiń, proszę Państwa.

Idzie nowe!

 

Leave your comment

Reload

Submit