Monitory ROGERS
Rogers AB1

AB1
0,00 zł
Nośnik
Producent
1
Ilość

Wariant pierwszy opisu:

AB1 – najlepsze i najpopularniejsze w dziejach (…) moduły eksponujące w sposób naturalny zakres niższych częstotliwości odsłuchiwanych nagrań. Jedyne, w pełni kompatybilne uzupełnienie zakresu częstotliwości monitorów LS3/5A. Wspólnie z nimi tworzą jeden z najlepszych współczesnych zestawów głośnikowych o charakterze profesjonalnym, zapewniającym skończenie dokładną reprodukcję prawdziwego brzmienia, zarejestrowanego w studiu, pozbawionego podbić, odkształceń, przerysowań i karykatur mieniących się imieniem audiofolizmu.

Najlepszy obecnie komponent systemu głośnikowego do obcowania z dźwiękiem naturalnym.

AB1_BMINI.jpg


>>> Powiekszenie <<<


Wersja druga opisu:

W pewnym sensie były niechcianym dzieckiem.

Kiedy po swojej premierze i triumfalnym pochodzie przez wszystkie studia BBC na całym świecie, monitory LS3/5A trafiły w ręce” nieprofesjonalnych” użytkowników – wśród jednych wzbudziły omdlewający podziw z racji nieograniczonej wierności reprodukcji dźwięku, a u innych jęk żalu, że wszystko, czego im brak – jako ideałowi– to odrobiny niskich tonów. Audiofilizm był wówczas w powijakach, a jego koryfeusze wirowali w chaosie nerwowych poszukiwań nowych idei. Wiedzieli tylko jedno – trzeba wynaleźć sprzęt inny niż profesjonalny, używany w studiach, kontrolujący nagrania i wierność realizacji występów artystycznych.

To odwieczny problem i nieunikniona konsekwencja cyklu następstwa, a raczej zastępstwa tego co znane, a więc nudne – czymś nowym, nie wiadomo czy lepszym, ale bez wątpienia innym.

Nic na ten temat nie wiem, ale być może istnieją jakieś konstatacje naukowców i badaczy, którzy odkryli moment narodzin tej szczególnej dewiacji, jaką jest świadome i bezkompromisowe uciekanie od tego co oryginalne, zgodne z proporcjami, odpowiadające naturalnemu porządkowi rzeczy. Klasyczny samochód przeistacza się w tzw. terenowe monstrum, subtelne acz drapieżniutkie paznokietki niewieście zbroją się w plastikowe tipsy, które oczarowują wirtuozerią i muzyką podczas nabijania cen na kasę w osiedlowym sklepiku, przypominającą taniec godzin z pewnego baletu (o! zgroza!) – tu – jak często powtarza zaprzyjaźniony ksiądz proboszcz Meloman – seksu dwóch kościotrupów na blaszanym dachu. W pokoju audiofila, w nowej rezydencji, pośród indyjskich granitów i włoskich piaskowców, kryształowych zwisów sufitowych nikt przecież „normalny” nie postawi jakiegoś tam monitora tylko sięgnie po „pneumatyczny zestaw audiofilski wellnes SPA” z głośnikami masującymi swym wydmuchem chechłoczące z zadowolenia fałdy tłuszczowe Rezydenta.

Po co mu to? Bo wszyscy oni nasłuchali się na coraz modniejszych w owych czasach koncertach live tej mega furii dźwięków, tego tsunami częstotliwości, co za cel miało jedynie wstydliwe, niczym figowy listek, przykrycie faktu, że tzw. artyści niewiele mieli do powiedzenia, zaśpiewania a tym bardziej – zagrania. Więc wszystkie heble w górę, total-gaz. Jak nie może być z sensem i w proporcjach, niech będzie dokładnie i odwrotnie.

OK. Wracam do początku.

A więc AB1 były w pewnym sensie dzieckiem niechcianym.

Rozdyskutował się audiofilski odłam z plemienia Melomanów, że przydałoby się więcej basów. Rogers zapytał – a po co? Przecież LS3/5 dają wszystko, co trzeba. No więc jednak naszym zdaniem - nie dają. Chcemy więcej basu. Rogers odmówił. Ale rodzący się PR i marketing szybko zmodulował stanowisko projektanta i wizjonera. Do akci włączyła się bogini Heterodyna, spełniając funkcję stabilnego generatora nie tłumionych drgań audiofilskich, wykorzystana do modulacji drgań w procesach tzw. heterodynowania (dudnienia) elektrycznych przebiegów sinusoidalnych o nieznacznie różnych AB1_C.jpg> częstotliwościach. Kiedy owo dudnienie nabrało cech rewolucyjnych, Jim Rogers ujął filigranowe LS3/5A w swoje sprawcze dłonie i w skrzynkę o wysokości trzech monitorów, tchnął wszystkie niezbędne niskie tony bacząc, by nie zakradła się tam choćby jedna sinusoida wroga, błędna czy zagubiona. On po prostu potraktował LS3/5 jak najcenniejszy brylant i osadził je w najpiękniejszej obrączce z niskich tonów. Jakby słońcu ktoś wydłużył i rozświetlił jeszcze jego promienie, albo – zdaniem niektórych – do zawstydzonego swoją delikatnością źródełka wybijającego się z intymności podziemnych czeluści – ktoś przyprawił warkocz wodospadów Wiktorii lub Niagarę.

I tak oto dziecko w pewnym sensie niechciane – stało się najbardziej purpurowym płaszczem królewskim, strojnym w szynszyle, sobole i norki alikwot, na tle których wreszcie w całej okazałości mogła ukazać się His Majesty LS3/5A.

Proces jak opisany wyżej jest uniwersalnym dowodem na realizm legendy o Frankensteinie czy Golemie. Człowiek, a jego szczególny przedstawiciel jakim jest Audiofil – stworzyć może wszystko, każdą bzdurę i nonsens, byle tylko słowik zaczął śpiewać basem, kropla rosy opadająca z płatka zamieniała się w serię wybuchów bomb zapalających, a szept rozkochanego do nieprzytomności Romea przybrał wymiar przynajmniej Coopera, Black Sabbath czy (a, proszę coś dopowiedzieć, by współtworzyć ten tekst).

Tymczasem... proszę powiedzieć, kiedy ostatni raz byli Państwo w tym studio , gdzie nagrywano płytę, która tak bardzo się Państwu podoba? Tę, która ma ten baaas. Ten „dół”, ten przeciąg z otchłani? A kiedy słuchali Państwo w filharmonii, jaki naprawdę dźwięk wydają wszystkie kontrabasy i kotły razem wzięte? Czy organizm słuchacza wpada wówczas w kosmiczną arytmię i jest targany gąsienicami niskich tonów? Proszę się nie wycofywać, nie mówić teraz, że nie o taakie basy Państwu idzie. W porządku. W tym jednym jesteśmy zgodni – może nie takie mocne, ale bez wątpienia INNE NIŻ NATURALNE. (Czy wyobrażają Państwo sobie, ile należałoby zgromadzić kontrabasów i kotłów, także japońskich rytualnych bębnów, żeby wytworzyć dźwięk szkodliwy dla organizmu, dla naszych uszu? )

Chciałbym, aby Państwo mieli możliwość posłuchania taśmy matki owej ulubionej waszej niskobasowej płyty w warunkach studyjnych. Jakże ubogi, wycofany i skromny byłby ten przestwór niskich tonów. Otóż on po prostu odpowiadałby swoją intensywnością i barwą dźwięków wydawanym przez instrumenty podczas nagrania! I nic ponadto!

AB1_F.jpg




Ale brnijmy dalej – oto na przykład fragment Eroiki w wykonaniu Chicago Symphony Orchestra. Albo V koncert tegoż samego Beethovena wykonywany na najnowszym fortepianie. Co za potęga dźwięku, jaka paleta barw. Oto dzieło genialne. Zapominamy jednak, że owo dzieło odgrywane było po raz pierwszy i komponowane przy użyciu jakiegoś Pleyela czy klawikordu. A orkiestra? Nie grano w niej na samych stradivariusach. Nagrania orkiestr „na instrumentach z epoki” uzmysławiają nam, jak dalece skromna, nie mająca nic wspólnego ze współczesnym filharmonicznym high-endem była wówczas faktura muzyki. Rozwój instrumentów i dokonujący się nieustanie proces masteringu naszych wyobrażeń o brzmieniu, a nie – poszukiwaniu prawdy brzmienia - sprawił, iż Beethoven czy Haydn dostaliby udaru od „wrzasku” dzisiejszych orkiestr. Oni, wtedy, pisali na tyle instrumentów, by każdy z nich z osobna dał się wysłyszeć i zlokalizować. My dziś wykonując te utwory zacieramy ową przejrzystość na rzecz potęgi, mocy i homogenizacji dźwięku. Powstaje mur, ściana plamiastych rozbłysków dźwiękowych.

A więc – AB1 były w pewnym sensie dzieckiem niechcianym.

Okazały się jednak najbardziej inteligentnym i subtelnym, rzeczywiście doskonałym uzupełnieniem, dopełnieniem, podkreśleniem, uwypukleniem, uwzniośleniem i spełnieniem wyrafinowanych oczekiwań miłośników muzyki w jej naturalnym brzmieniu.

Rogers wyprodukował tylko jedną serię tych głośników. Jakby wychodząc z założenia, że to nie głośniki mają się zmieniać a słuchacz MUSI dostosowywać swoje upodobania do dźwięku prawdziwego, naturalnego i zgodnego z drganiem całej przyrody. Tworząc AB1 nakreślił granice dopuszczalne dla owego „wypełnienia” się dźwięku, wyeksponowania tych jego elementów, które w coraz bardziej dudniącym świecie – tak, to o to właśnie idzie – świecie przepełnionym pełzającym basem całej cywilizacji, wyodrębnić i podkreślić dyskretnie ten zakres częstotliwości, który wręcz przebije się przez ową basową kakofonię naszego jestestwa techniczno-technologicznego. Nie zdominuje, nie przekrzyczy a stworzy kontekst i podstawę dla zharmonizowanych z owymi niskimi tonami – głosami Aniołów (słyszeli Państwo anioła śpiewającego basem?).

Obecnie dostępna, entuzjastycznie przyjęta na targach w Hong Kongu 12 sierpnia 2011 roku jubileuszowa, specjalna edycja modułów niskich częstotliwości Rogers AB1 - została kupiona przez dystrybutorów z Japonii i całej Azji co do ostatniego egzemplarza - wyłączając skromną partię przeznaczoną dla miłosników najlepszego dźwięku w Polsce i we Włoszech. Przytrafia się więc Pańśtwu nieopowtarzalna okazja do zdobycia tego zjawiskowego zestawu:

AB1_A.jpg




Czy obecny właściciel praw do Rogersów i licencji BBC na ich wytwarzanie - koncern Wo Kee Hong Holdings Ltd będzie kontynuował ich produkcję - nie wiadomo. Jak dotychcas, chińscy specjaliści nie odstępują na krok od praktyk Jima Rogersa. On wyprodukował jedną serię modułów AB1. Jedyną. I tylko jedną.



Moduły AB1 mogą być podłączone z LS3/5A w trzech konfiguracjach. W zestawie znajdą Państwo wszystkie potrzebne do owych połączeń zwory a także szczegółowe schematy połączeń. Ważne jest jednak, aby moduły ustawić tak, by wydmuch był zwrócony do środka, w przestrzeń między modułami.

ROGERS Int.
2019-12-21

Specyficzne kody

Reviews

Napisz swoją opinię

Rogers AB1

Napisz swoją opinię

1 inny produkt w tej samej kategorii: